Dwa dni temu ukazał się artykuł w AdAge prezentujący wyniki badań firmy Nielsen Online Division. Badanie obejmowało źródła wejść do 200 największych amerykańskich sklepów online w II kwartale tego roku. Wyniki są ... mocno zaskakujące.
Według Nielsena 61% ruchu to wejścia bezpośrednie, 9,5% to wejścia przez wyszukiwarkę a 1% to wejścia przez porównywarki cen. Pozostała część (czyli prawie 30%) to wejścia przez strony afiliacyjne, jak i wejścia reklamowe (kliknięcia w baner). Jeśli chodzi o wejścia przez wyszukiwarki to zdecydowana większość zapytań ma charakter brandingowy, często związany z nazwą sklepu. W mniejszości są to zapytania generyczne.
Nigdzie nie udało mi się znaleźć informacji o podstawie badawczej, ale domyślam się, że wyniki bazują na analizie danych z panelu online Nielsen'a.
Tak jak już napisałem - wyniki są bardzo zaskakujące. Nigdy nie myślałem, że rola Google może być tak mała. Analiza rodzaju zapytań w wyszukiwarce, pokazuje, że w dużym stopniu te zapytania uwzględniają nasze wcześniejsze działania. A te z kolei mogą być w dużym stopniu kreowane przez kampanie reklamowe czy działania w social media. A zatem w walce o rozumienie wartości reklamowej poszczególnych kanałów marketingu internetowego kolejny punkt dla reklamy display.
Interpretując wyniki badania musimy pamiętać o zakresie badania. Dotyczyło ono największych sklepów. W wielu wypadkach są to sklepy o bardzo wysokiej świadomości marki i stałej klienteli. W takiej sytuacji udział bezpośrednich wejść może być duży. W wypadku mniejszych sklepów takiego benefitu nie ma - sklepy dopiero muszą pozyskać ten ruch, a kontekst wyszukiwarek, jak i porównywarek cen jest jak najbardziej atrakcyjny.
Jest jeszcze jedne ważny element. Kilka miesięcy temu czytałem artykuł o tym w jaki sposób ustawienia Google Analytics wpływają na klasyfikowanie i zliczanie źródeł odwiedzin. Według tego artykułu sam fakt jednorazowego skorzystania przeglądarki przy wejściu na stronę (np. pierwszym wejściu) wpływa na klasyfikowanie źródła bezpośrednich odwiedzin i przypisywanie ich właśnie do wyszukiwarki Google. Co ważne - cookie, który jest do tego wykorzystywany ma czas domyślnie ustawiony na ... 6 miesięcy! W takie sytuacji analizując dane bardzo łatwo jest "przeszacować" role głównej wyszukiwarki i nie docenić roli bezpośrednich wejść.
Podsumowując, w mojej ocenie do danych z badania należy podchodzić z dystansem i pod żadnym warunkiem nie myśleć o rezygnacji z działań w Google. To mogłoby być niebezpieczne dla biznesu. Ale z drugiej strony zalecam więcej refleksji przy korzystaniu i interpretacji danych z Google Analytics.
Swoją drogą fajnie by było jakby Gemius opublikował wyniki podobnego badania dla polskiego rynku ecommerce.
czwartek, 5 listopada 2009
Have fun! Jak w zabawny sposób wypromować swojego bloga
Na początek polecam obejrzenie filmu poniżej
Zabawne, nieprawdaż! Czy nie mają Państwo ochoty wejść na stronę i pobrać aplikację?
Uprzedzam tylko, że .... taka aplikacja nie istnieje! Film ten jest elementem promocji bloga Michael Krivicka. Autor świetnie z jednej strony wykorzystuje 2 aktualne trendy na rynku nowych mediów (Augmented Reality i popularność aplikacji na iPhone'a) a z drugiej strony bazuje na starym komediowym pomyśle.
Cała historia potwierdza "starą" prawdę działania w czasach mediów 2.0. Chcesz zdobyć Klienta/czytelnika/fana itd.? Zaangażuj go! Zaproponuj mu coś, co go zainteresuje, rozśmieszy. Wciągnij w interakcję. I w ten sposób osiągniesz efekt! Takie proste!
Zabawne, nieprawdaż! Czy nie mają Państwo ochoty wejść na stronę i pobrać aplikację?
Uprzedzam tylko, że .... taka aplikacja nie istnieje! Film ten jest elementem promocji bloga Michael Krivicka. Autor świetnie z jednej strony wykorzystuje 2 aktualne trendy na rynku nowych mediów (Augmented Reality i popularność aplikacji na iPhone'a) a z drugiej strony bazuje na starym komediowym pomyśle.
Cała historia potwierdza "starą" prawdę działania w czasach mediów 2.0. Chcesz zdobyć Klienta/czytelnika/fana itd.? Zaangażuj go! Zaproponuj mu coś, co go zainteresuje, rozśmieszy. Wciągnij w interakcję. I w ten sposób osiągniesz efekt! Takie proste!
środa, 4 listopada 2009
Jak mierzyć efektywność działań w social media?
Kwestia pomiaru efektywności działań prowadzonych w social media jest relatywnie nowa, tak jak sam marketing w mediach społecznościowych. Na tym etapie rozwoju tego segmentu marketingu internetowego większość z nas skłonna jest stosować używane przy innych działaniach sposoby analizowania danych. Oczywiście największą pokusą (zwłąszcza wśród decydentów budżetowych) jest zastosowania wskaźników RoI i pomiar skuteczności sprzedażowej tych działań. Innym rozwiązaniem jest pomiar podstawowych zmiennych w rodzaju ruch wygenerowany na stronie. jednak takie podejście (zwłaszcza pierwsze) nie jest na tym etapie rozwoju rynku możliwe. Wynika to z braku narzędzi, które by pozwalały "wyizolować" efekt działań w social media na poziomie sprzedażowym.
Ciekawy sposób podejścia do pomiaru i definiowania wskaźników przedstawia artykuł na blogu Econsultancy.
Aby dobrze zmierzyć efektywność działań w social media musimy pamiętać, że celem tych działań jest zaangażowanie konsumenta w interakcję z naszą marką. Celem tego zaangażowania może być generowanie "szumu" wokół marki, albo zwiększenie średniego czasu na stronie itd. Przypisując to do pojęcia "lejka sprzedażowego" działania w social media budują świadomości marki, ale przede wszystkim tworzą relację z nią. Strategia social media to dostarczenie narzędzi i rozwiązań, które zapewnią interakcję z marką. Ich wybór zależy od: specyfiki biznesu, grupy docelowej oraz zdefiniowanego celu.
W jaki sposób można to zmierzyć?
Jest wiele możliwych wskaźników do zastosowania. Autor artykułu proponuje 35 wskaźników. Trzeba pamiętać, że ich waga jest bardzo różna. Niektóre z nich są specyficzne dla danego rozwiązania lub interkacji.
Podaje je w moim tłumaczeniu (proszę o wyrozumiałość ...):
1. ostrzeżenia (wskaźniki rejestracji/ w podziale na kanały/ CTR)
2. zakładki (na stronie, poza stroną)
3. komentarze
4. pobrania
5. subskrypcja emaila
6. fani (czegoś lub kogoś)
7. ulubione (dodaj do ulubionych)
8. komentarze (na stronie)
9. obserwujący (kogoś/coś) (followers)
10. prześlij do znajomego
11. grupy (tworzyć/ dołączyć/ całkowita liczba grup/ aktywność w grupie)
12. zainstalowanie widgeta (na blogu, na stronie w Facebooku itp.)
13. zaproś/zachęć (przyjaciela)
14. aktywność na głównej stronie
15. uproszczona forma oceny - lubię/nie lubię to
16. zamieszczanie informacji na stronie
17. elementy personalizacji kontentu (strony, układ, tematy)
18. wpisy na blogu
19. profile
20. strona do wydrukowania
21. ocena
22. zarejestrowani użytkownicy (nowi/ całkowita liczba/ aktywni/ churn)
23. zgłaszanie spamu/nadużyć
24. recenzje
25. ustawienia
26. social media sharing / participation (aktywność na głównych stronach mediów społecznociowych, np Nasza Klasa, Blip czy Flaker itp.)
27. tagowanie (user-generated metadata)
28. testimoniale
29. czas spędzony na głównych stronach
30. czas spędzony stronie (źródło wejścia/strona wejściowa)
31. całkowita liczba uczestników Total contributors (and % active contributors)
32. załadowania na stronę (artykułów, linki, obrazy, video itd.)
33. obejrzane (video, reklama, obrazy)
34. widget (liczba nowych użytkowników. liczba umieszczonych widgetów)
35. lista życzeń (liczba pozycji dodanych do listy)
Zastosowanie takich miar (KPI) ułatwi zrozumienie decydentom istoty działań w social media. Bo każdy decydent w czasach kryzysu chciałby mieć policzone RoI ....
Ciekawy sposób podejścia do pomiaru i definiowania wskaźników przedstawia artykuł na blogu Econsultancy.
Aby dobrze zmierzyć efektywność działań w social media musimy pamiętać, że celem tych działań jest zaangażowanie konsumenta w interakcję z naszą marką. Celem tego zaangażowania może być generowanie "szumu" wokół marki, albo zwiększenie średniego czasu na stronie itd. Przypisując to do pojęcia "lejka sprzedażowego" działania w social media budują świadomości marki, ale przede wszystkim tworzą relację z nią. Strategia social media to dostarczenie narzędzi i rozwiązań, które zapewnią interakcję z marką. Ich wybór zależy od: specyfiki biznesu, grupy docelowej oraz zdefiniowanego celu.
W jaki sposób można to zmierzyć?
Jest wiele możliwych wskaźników do zastosowania. Autor artykułu proponuje 35 wskaźników. Trzeba pamiętać, że ich waga jest bardzo różna. Niektóre z nich są specyficzne dla danego rozwiązania lub interkacji.
Podaje je w moim tłumaczeniu (proszę o wyrozumiałość ...):
1. ostrzeżenia (wskaźniki rejestracji/ w podziale na kanały/ CTR)
2. zakładki (na stronie, poza stroną)
3. komentarze
4. pobrania
5. subskrypcja emaila
6. fani (czegoś lub kogoś)
7. ulubione (dodaj do ulubionych)
8. komentarze (na stronie)
9. obserwujący (kogoś/coś) (followers)
10. prześlij do znajomego
11. grupy (tworzyć/ dołączyć/ całkowita liczba grup/ aktywność w grupie)
12. zainstalowanie widgeta (na blogu, na stronie w Facebooku itp.)
13. zaproś/zachęć (przyjaciela)
14. aktywność na głównej stronie
15. uproszczona forma oceny - lubię/nie lubię to
16. zamieszczanie informacji na stronie
17. elementy personalizacji kontentu (strony, układ, tematy)
18. wpisy na blogu
19. profile
20. strona do wydrukowania
21. ocena
22. zarejestrowani użytkownicy (nowi/ całkowita liczba/ aktywni/ churn)
23. zgłaszanie spamu/nadużyć
24. recenzje
25. ustawienia
26. social media sharing / participation (aktywność na głównych stronach mediów społecznociowych, np Nasza Klasa, Blip czy Flaker itp.)
27. tagowanie (user-generated metadata)
28. testimoniale
29. czas spędzony na głównych stronach
30. czas spędzony stronie (źródło wejścia/strona wejściowa)
31. całkowita liczba uczestników Total contributors (and % active contributors)
32. załadowania na stronę (artykułów, linki, obrazy, video itd.)
33. obejrzane (video, reklama, obrazy)
34. widget (liczba nowych użytkowników. liczba umieszczonych widgetów)
35. lista życzeń (liczba pozycji dodanych do listy)
Zastosowanie takich miar (KPI) ułatwi zrozumienie decydentom istoty działań w social media. Bo każdy decydent w czasach kryzysu chciałby mieć policzone RoI ....
wtorek, 3 listopada 2009
Masz tylko 2 sekundy! Przynajmniej w USA ...
Kiedyś Youssou N'Dour & Neneh Cherry śpiewali o 7 sekundach czekania, natomiast w świecie internetu jest tego czasu zdecydowanie mniej... Mowa o czasie oczekiwania na załadowanie strony, jaki definiują konsumenci jako akceptowalny przy korzystaniu ze strony sklepu internetowego. Jeżeli ten czas jest przekroczony w większości wypadków stronę opuszczają i realizują zamówienie u konkurencji.
Przeprowadzone badania przez firmę Jupiter Research na zamówienie firmy Akamai pokazują, że oczekiwania konsumentów się zmieniają. I jeśli chodzi o szybkość to coraz więcej osób oczekuje większej efektywności strony internetowej.
W 2006 roku 28% badanych osób dokonujących zakupów online twierdziło, że maksymalny czas otwierania strony to 4 sekundy. W powtórzonych badaniach w tym roku okazało się, że prawie połowa osób akceptuje maksymalny czas na poziomie ... 2 sekund!
Wyniki te nie są w żaden sposób zaskakujące. Dostęp szerokopasmowy do internetu jest coraz bardziej popularny, a i oferowane poziomy przepustowości są coraz wyższe. I do tego się właśnie przyzwyczaja konsument. Oczekiwania te zaczynają wpływać też np na oczekiwania co do dostępu mobilnego. Szybkość dostępu staje się zatem jednym z kluczowych kryteriów, które należy brać pod uwagę budując swoją stronę.
W wypadku polskiego rynku, biorąc pod uwagę jego strukturę, wydaje się, że wciąż aktualny jest poziom 4 sekund.
Przeprowadzone badania przez firmę Jupiter Research na zamówienie firmy Akamai pokazują, że oczekiwania konsumentów się zmieniają. I jeśli chodzi o szybkość to coraz więcej osób oczekuje większej efektywności strony internetowej.
W 2006 roku 28% badanych osób dokonujących zakupów online twierdziło, że maksymalny czas otwierania strony to 4 sekundy. W powtórzonych badaniach w tym roku okazało się, że prawie połowa osób akceptuje maksymalny czas na poziomie ... 2 sekund!
Wyniki te nie są w żaden sposób zaskakujące. Dostęp szerokopasmowy do internetu jest coraz bardziej popularny, a i oferowane poziomy przepustowości są coraz wyższe. I do tego się właśnie przyzwyczaja konsument. Oczekiwania te zaczynają wpływać też np na oczekiwania co do dostępu mobilnego. Szybkość dostępu staje się zatem jednym z kluczowych kryteriów, które należy brać pod uwagę budując swoją stronę.
W wypadku polskiego rynku, biorąc pod uwagę jego strukturę, wydaje się, że wciąż aktualny jest poziom 4 sekund.
Wizualizacja danych z Google Analytics
Analiza danych, zwłaszcza tych rozbudowanych, i wyciągnięcie z takich danych ciekawych wniosków jest jednym z trudniejszych zadań w analityce. Również w wypadku danych z zakresu web analytics.
Sposobem na usprawnienie procesu wnioskowania jest zastosowanie ciekawej metody wizualizacji tych danych. Dzięki API Google Analytics jest to możliwe.
Poniżej zamieszczam ciekawy przykład autorskiego rozwiązania bazującego na danych z GA API.
Zachęcam wszystkich do obserwacji zjawiska związanego z wizualizacją danych. Obserwuję teraz dynamiczne zmiany w tym obszarze. Żyjemy w czasach, w których coraz ważniejsza jest forma. Jeżeli chcemy kogoś przekonać do naszych poglądów lub wniosków to dobra wizualizacja jest jednym ze sposobów na to.
Sposobem na usprawnienie procesu wnioskowania jest zastosowanie ciekawej metody wizualizacji tych danych. Dzięki API Google Analytics jest to możliwe.
Poniżej zamieszczam ciekawy przykład autorskiego rozwiązania bazującego na danych z GA API.
Zachęcam wszystkich do obserwacji zjawiska związanego z wizualizacją danych. Obserwuję teraz dynamiczne zmiany w tym obszarze. Żyjemy w czasach, w których coraz ważniejsza jest forma. Jeżeli chcemy kogoś przekonać do naszych poglądów lub wniosków to dobra wizualizacja jest jednym ze sposobów na to.
Google wchodzi w obszar usług typu lead generation
W ramach poszukiwania nowych rynków do eksploracji Google wszedł na rynek usług typu lead generation. Usługi te nie są w Polsce tak popularne jak w USA. Oferują je wyspecjalizowane firmy (jak np Lending Tree) i polegają one na pozyskiwaniu leadów osób zainteresowanych produktami finansowymi (pożyczkami). Pozyskane namiary osób są następnie "sprzedawane" do instytucji finansowych.
Rynek jest bardzo intratny i według szacunków IAB stanowi w I połowie 2009 roku 7% całego rynku reklamy internetowej w USA, czyli prawie 400 milionów dolarów.
Wejście Google na ten rynek polega na zaoferowaniu usługi AdWords Comparison Ads (w ramach programu AdWords). Ma ona polegać na możliwości porównania w jednym miejscu ofert różnych firm oferujących produkty finansowe, w tym wypadku rynku hipotecznego. Użytkownik ma możliwość porównania ofert i ich przesortowanie według zdefiniowanych kryteriów. Jeżeli się zdecyduje, to może się skontaktować z oferentem dzwoniąc na podany numer (umożliwiającym identyfikację źródła pochodzenia). W ten sposób Google oferuje produkt, który uderza bezpośrednia w rynek firm oferujących usługi lead generation.
Google zapowiada, że wejście w ten rynek ma charakter testowy. Jeżeli odniesie sukces, należy się spodziewać ekspansji na inne rynki i produkty. Potencjalnie może to mieć bardzo poważne reperkusje rynkowe.
Zgadzam się z komentarzami, że rozwiązanie to z wielu powodów jest bardzo ryzykowne dla Google, ale jednocześnie są to duże pieniądze, które może w ten sposób pozyskać.
Ryzyko dla Google jest na kilku poziomach. Z perspektywy reklamodawców może utracić część budżetów firm specjalizujących się w takich usługach i reklamujących się właśnie w Google. Konsekwencje moga być jednak większe. Google z czasem może zostać oskarżone o nadużywanie swojej uprzywilejowanej pozycji, która wynika z pozycji jej wyszukiwarki (zwłaszcza w wypadku polskiego rynku). Cała koncepcja usługi bazuje na tym, że reklama tej usługi będzie zamieszczana w uprzywilejowanej pozycji kosztem wyników wyszukiwania, nie mówiąc o innych możliwych interwencjach.
Ryzyko Google jest również na poziomie użytkowników. Na czym innym polega zapewnianie optymalnego wyniku wyszukiwania a na czym innym oferowanie usługi wyboru kredytu czy innej usługi finansowej. Relacja i oczekiwania konsumenta są w tych obszarach zupełnie inne. Rozwój usług takiego rodzaju w innych obszarach może prowadzić do erozji wizerunku samego Google. A to jest w sercu ich całego biznesu. I ten argument uznałbym potencjalnie za zagrożenie dla strategii Google.
Cóż. Od strony biznesowej można oczekiwać, że przełoży się to na dalszy wzrost biznesu firmy. Dla firm której bazują na modelu porównywarek jest to sygnał, że pojawiło się potencjalne niebezpieczeństwo wejścia giganta w taki rynek. Uważam jednak , że w dłuższej perspektywie Google będzie tracił przez takie decyzji biznesowe.
Rynek jest bardzo intratny i według szacunków IAB stanowi w I połowie 2009 roku 7% całego rynku reklamy internetowej w USA, czyli prawie 400 milionów dolarów.
Wejście Google na ten rynek polega na zaoferowaniu usługi AdWords Comparison Ads (w ramach programu AdWords). Ma ona polegać na możliwości porównania w jednym miejscu ofert różnych firm oferujących produkty finansowe, w tym wypadku rynku hipotecznego. Użytkownik ma możliwość porównania ofert i ich przesortowanie według zdefiniowanych kryteriów. Jeżeli się zdecyduje, to może się skontaktować z oferentem dzwoniąc na podany numer (umożliwiającym identyfikację źródła pochodzenia). W ten sposób Google oferuje produkt, który uderza bezpośrednia w rynek firm oferujących usługi lead generation.
Google zapowiada, że wejście w ten rynek ma charakter testowy. Jeżeli odniesie sukces, należy się spodziewać ekspansji na inne rynki i produkty. Potencjalnie może to mieć bardzo poważne reperkusje rynkowe.
Zgadzam się z komentarzami, że rozwiązanie to z wielu powodów jest bardzo ryzykowne dla Google, ale jednocześnie są to duże pieniądze, które może w ten sposób pozyskać.
Ryzyko dla Google jest na kilku poziomach. Z perspektywy reklamodawców może utracić część budżetów firm specjalizujących się w takich usługach i reklamujących się właśnie w Google. Konsekwencje moga być jednak większe. Google z czasem może zostać oskarżone o nadużywanie swojej uprzywilejowanej pozycji, która wynika z pozycji jej wyszukiwarki (zwłaszcza w wypadku polskiego rynku). Cała koncepcja usługi bazuje na tym, że reklama tej usługi będzie zamieszczana w uprzywilejowanej pozycji kosztem wyników wyszukiwania, nie mówiąc o innych możliwych interwencjach.
Ryzyko Google jest również na poziomie użytkowników. Na czym innym polega zapewnianie optymalnego wyniku wyszukiwania a na czym innym oferowanie usługi wyboru kredytu czy innej usługi finansowej. Relacja i oczekiwania konsumenta są w tych obszarach zupełnie inne. Rozwój usług takiego rodzaju w innych obszarach może prowadzić do erozji wizerunku samego Google. A to jest w sercu ich całego biznesu. I ten argument uznałbym potencjalnie za zagrożenie dla strategii Google.
Cóż. Od strony biznesowej można oczekiwać, że przełoży się to na dalszy wzrost biznesu firmy. Dla firm której bazują na modelu porównywarek jest to sygnał, że pojawiło się potencjalne niebezpieczeństwo wejścia giganta w taki rynek. Uważam jednak , że w dłuższej perspektywie Google będzie tracił przez takie decyzji biznesowe.
poniedziałek, 2 listopada 2009
Czy Google poprawia ręcznie wyniki wyszukiwania?
Google jest firmą, która zmieniła obraz i znaczenie mediów. Głównym czynnikiem sukcesu jest algorytm, który zapewnia wysoką jakość uzyskiwanych wyników. W powszechnym mniemaniu proces jest ten całkowicie zautomatyzowany. Czasami pojawiają się informacje w mediach, które by sugerowały, że możliwa jest interwencja ludzka w wyniki. Nikt jednak nie zebrał bezpośrednich na to dowodów....
W zeszłym tygodniu na blogu firmy Econsultancy zostały zamieszczone trzy wpisy opisujące zmiany w SERP kilku kategorii. Zmiany te zostały przedstawione w kontekście którą Matt Cutt określił jako "małą zmianę", dokonaną przez pracownika o imieniu Vince. Sugerowany przez Matt'a zakres zmian został określony jako nieznaczny i który będzie dotyczył niewielkiej liczby wyszukiwań.
Econsultancy przeanalizowało kilka przypadków. W pierwszym artykule omówione zostały zmiany SERP dla słów "poker" oraz "life insurance". W drugim artykule - dla "betting" i "holidays", zaś w trzeciej, najciekawszej, - w kategorii telekomunikacja dla frazy "mobile phones". Wyniki zwłaszcza w ostatniej części są bardzo zastanawiające.
Nie jestem osobą, która specjalizuje się w SEO i moja wiedza ma charakter dosyć ogólny. W mojej ocenie przedstawione przykłady mogą być ilustracją "ręcznej" interwencji (zwłaszcza przykład z 3 części). Jeżeli tak jest, to jest to istotna zmiana dogmatu, na którym bazuje nasze postrzeganie mechanizmu wyszukiwarki Google. Oczywiście skala omawianego tematu jest niewielka i właściwie dotyka niewielkiej liczby zapytań. Ale czy nie jest to też rodzaj precedensu? Brzmi to mało logicznie teraz, ale można sobie wyobrazić kilka jeszcze obszarów/powodów dla których można by wprowadzać ręczne zmiany w przyszłości, i w ten sposób zmieniając zasady gry w fundamentalnym elemencie. Z drugiej strony w mojej ocenie generalnie ręczne poprawianie to przyznanie się do słabości zautomatyzowanego procesu. I te dwie rzeczy są niepokojące?
A jak jest Państwa opinia?
W zeszłym tygodniu na blogu firmy Econsultancy zostały zamieszczone trzy wpisy opisujące zmiany w SERP kilku kategorii. Zmiany te zostały przedstawione w kontekście którą Matt Cutt określił jako "małą zmianę", dokonaną przez pracownika o imieniu Vince. Sugerowany przez Matt'a zakres zmian został określony jako nieznaczny i który będzie dotyczył niewielkiej liczby wyszukiwań.
Econsultancy przeanalizowało kilka przypadków. W pierwszym artykule omówione zostały zmiany SERP dla słów "poker" oraz "life insurance". W drugim artykule - dla "betting" i "holidays", zaś w trzeciej, najciekawszej, - w kategorii telekomunikacja dla frazy "mobile phones". Wyniki zwłaszcza w ostatniej części są bardzo zastanawiające.
Nie jestem osobą, która specjalizuje się w SEO i moja wiedza ma charakter dosyć ogólny. W mojej ocenie przedstawione przykłady mogą być ilustracją "ręcznej" interwencji (zwłaszcza przykład z 3 części). Jeżeli tak jest, to jest to istotna zmiana dogmatu, na którym bazuje nasze postrzeganie mechanizmu wyszukiwarki Google. Oczywiście skala omawianego tematu jest niewielka i właściwie dotyka niewielkiej liczby zapytań. Ale czy nie jest to też rodzaj precedensu? Brzmi to mało logicznie teraz, ale można sobie wyobrazić kilka jeszcze obszarów/powodów dla których można by wprowadzać ręczne zmiany w przyszłości, i w ten sposób zmieniając zasady gry w fundamentalnym elemencie. Z drugiej strony w mojej ocenie generalnie ręczne poprawianie to przyznanie się do słabości zautomatyzowanego procesu. I te dwie rzeczy są niepokojące?
A jak jest Państwa opinia?
Pizza Hut sprzedała aplikacje na kwotę ponad 1 miliona dolara!
Każdy dzień przynosi informacje potwierdzające zjawisko szybkiej adaptacji do możliwości oferowanych przez smartphone'y. Jak podał serwis branżowy Mobile Marketer iTunes sprzedał ponad 1 milion płatnych aplikacji Pizzy Hut, która umożliwia zamówienie pizzy i innych dań na wynos.
Marketer w tej aplikacji nie ograniczył się jedynie do samego zamówienia. Czas oczekiwania na realizację umila umieszczona w aplikacji gra. Dodatkowo przy zamówieniach przez aplikację użytkownik uzyskuje dodatkowy rabat (20%).
Nową aplikację testuje również Burger King. Aplikacja ma poza możliwością złożenia zamówienia dodatkowe wartości w postacie modułu płatności oraz odbioru zamówienia bez kolejki.
Przeprowadzone jakiś czas temu badania przez eMarketera pokazują, że ludzie powoli przekonują się do dokonywania zakupów przez komórki. Do grupy produktów najczęściej deklarowanych do zakupu wymieniali m.in. pizzę i inne dania typu fast food, ale również bilety do kina, rezerwacje hotelowe i zakupy wyjazdów turstycznych.
W powszechnym odczuciu rynek marketingu mobilnego jest w powijakach (tak definiuje się rynek amerykański, a co dopiero mówiąc o polskim). Jednak przemyślane zastosowanie aplikacji pozwala istotnie zmodyfikować model biznesowy i wygenerować znaczący, dodatkowy źródło przychodów.
Omawiana aplikacja jest dostępna jedynie na rynku amerykańskim. Poniżej instrukcja obsługi z YouTube.
Marketer w tej aplikacji nie ograniczył się jedynie do samego zamówienia. Czas oczekiwania na realizację umila umieszczona w aplikacji gra. Dodatkowo przy zamówieniach przez aplikację użytkownik uzyskuje dodatkowy rabat (20%).
Nową aplikację testuje również Burger King. Aplikacja ma poza możliwością złożenia zamówienia dodatkowe wartości w postacie modułu płatności oraz odbioru zamówienia bez kolejki.
Przeprowadzone jakiś czas temu badania przez eMarketera pokazują, że ludzie powoli przekonują się do dokonywania zakupów przez komórki. Do grupy produktów najczęściej deklarowanych do zakupu wymieniali m.in. pizzę i inne dania typu fast food, ale również bilety do kina, rezerwacje hotelowe i zakupy wyjazdów turstycznych.
W powszechnym odczuciu rynek marketingu mobilnego jest w powijakach (tak definiuje się rynek amerykański, a co dopiero mówiąc o polskim). Jednak przemyślane zastosowanie aplikacji pozwala istotnie zmodyfikować model biznesowy i wygenerować znaczący, dodatkowy źródło przychodów.
Omawiana aplikacja jest dostępna jedynie na rynku amerykańskim. Poniżej instrukcja obsługi z YouTube.
piątek, 30 października 2009
Dwie fascynujące aplikacje mobilne, które usprawnią nasze życie
Liczba nowych programów na smatphone'y, która pojawia się w ostatnim czasie jest naprawdę imponująca. I co ważne - bardzo często bazują one na prawdziwej wartości użytkowej którą oferują dla konsumenta. I co ważne - są bezpłatne!
Omawiane w tym poście programy usprawniają nasz sposób przemieszczania się, jak i komunikację tego gdzie jesteśmy do wskazanych osób.
Pierwsza aplikacja to rozwiązanie Waze. Jest to system polegający na zbieraniu danych o korkach w sposób bierny - w oparciu o GPS zamontowane w telefonach ludzi zarejestrowanych w serwisie i mających uruchomioną aplikację. Pozyskana w ten sposób informacja ma dużą wartość poznawcza gdyż jest dostarczana w czasie rzeczywistym. Dodatkową zaletą systemu jest to, że wymaga minimalnego zaangażowania użytkownika. Oferuje ona również dodatkowej wartości, które już jednak wymagają zaangażowania użytkownika (jak np. funkcja zgłoszenia wypadku lub patrolu policyjnego na drodze). Oczywiście warunkiem powodzenia takiej aplikacji jest pozyskanie pewnej masy krytycznej użytkowników. Niestety aplikacja nie jest dostępna na polskim rynku.
Druga aplikacja to Glympse. Tutaj zakres oferowanych funkcjonalności jest bardziej sytuacyjny, ale również może mieć szanse powodzenia. Główna funkcjonalność aplikacji to zautomatyzowany sposób na przekazanie informacji o miejscu naszego pobytu do wskazanych osób. Dokładny opis poniżej.
Można sobie wyobrazić połączenie tych funkcjonalności w ramach jednej aplikacji. W mojej ocenie większe szanse powodzenia ma pierwsza aplikacja ze względu na informacje, które można pozyskać w ten sposób. W wypadku pozyskania dużej liczby użytkowników będzie to bardzo precyzyjna informacja. Dodatkowo wielu kierowców już wcześniej wykazywało zachowania typowe dla mediów społecznościowych (jak chociażby mruganie światłami w wiadomym celu ....)
Pytanie zatem - kto będzie pierwszy w Polsce i zdecyduje się na zbudowanie takiej aplikacji.
Omawiane w tym poście programy usprawniają nasz sposób przemieszczania się, jak i komunikację tego gdzie jesteśmy do wskazanych osób.
Pierwsza aplikacja to rozwiązanie Waze. Jest to system polegający na zbieraniu danych o korkach w sposób bierny - w oparciu o GPS zamontowane w telefonach ludzi zarejestrowanych w serwisie i mających uruchomioną aplikację. Pozyskana w ten sposób informacja ma dużą wartość poznawcza gdyż jest dostarczana w czasie rzeczywistym. Dodatkową zaletą systemu jest to, że wymaga minimalnego zaangażowania użytkownika. Oferuje ona również dodatkowej wartości, które już jednak wymagają zaangażowania użytkownika (jak np. funkcja zgłoszenia wypadku lub patrolu policyjnego na drodze). Oczywiście warunkiem powodzenia takiej aplikacji jest pozyskanie pewnej masy krytycznej użytkowników. Niestety aplikacja nie jest dostępna na polskim rynku.
Druga aplikacja to Glympse. Tutaj zakres oferowanych funkcjonalności jest bardziej sytuacyjny, ale również może mieć szanse powodzenia. Główna funkcjonalność aplikacji to zautomatyzowany sposób na przekazanie informacji o miejscu naszego pobytu do wskazanych osób. Dokładny opis poniżej.
Można sobie wyobrazić połączenie tych funkcjonalności w ramach jednej aplikacji. W mojej ocenie większe szanse powodzenia ma pierwsza aplikacja ze względu na informacje, które można pozyskać w ten sposób. W wypadku pozyskania dużej liczby użytkowników będzie to bardzo precyzyjna informacja. Dodatkowo wielu kierowców już wcześniej wykazywało zachowania typowe dla mediów społecznościowych (jak chociażby mruganie światłami w wiadomym celu ....)
Pytanie zatem - kto będzie pierwszy w Polsce i zdecyduje się na zbudowanie takiej aplikacji.
A teraz coś z zupełnie innej beczki: mucha która ...
... jest nośnikiem reklamowy (a dokładnie mówiąc transporterem)
Subskrybuj:
Posty (Atom)